Archiwum 15 lutego 2019


Śmierć na ekranie
15 lutego 2019, 16:21

Jeszcze dziś rano spotkałam się z grupą moich znajomych, piłam kawę, śmiałam się, a teraz? Teraz siedzę i trzęsę się ze strachu. Rozglądam się dookoła jak zwierzę, które właśnie uciekło łowcy i chowa się gdzieś w krzakach, ale ja... ja nie wiem nawet kogo mogę się spodziewać. Serce mi wali jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Nigdy w życiu się tak nie bałam! Co się stało, że znalazłam się w takiej sytuacji? Jak już wspomniałam, spotkałam się z moimi znajomymi - Gosią, Ewą, Dominiką, Karolem, Bernardem i Kacprem w knajpce niedaleko uczelni. Jesteśmy liczną, ale zgraną grupą przyjaciół. W zasadzie byliśmy... Przebywaliśmy w tym lokalu jakieś dwie godziny, potem udaliśmy się w stronę ulicy handlowej. Karol przez cały ten czas wyglądał na zmartwionego, więc postanowiłam z nim porozmawiać na boku. Kiedy zapytałam go o powód jego złego humoru, odwrócił wzrok i powiedział, że nic się nie stało i że mu smutno, bo zdechł mu pies. Pomyślałam, że ok, w porządku, był przywiązany do tego psa, rozumiem. Poszliśmy więc dalej. Nagle do Kacpra dotarł SMS. Spojrzałam się na niego w momencie kiedy odczytywał wiadomość. Zrobił się blady, a jego oczy pokazywały strach. Zauważył, że się na niego patrzę, więc aby nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń uśmiechnął się i powiedział, że musi już iść, bo mama poprosiła go, aby pomógł jej w zakupach. Cała grupa wyraziła swój "głęboki żal", że nie zostanie i poszli dalej. Ja zostałam z tyłu. Postanowiłam pójść za Kacprem i zapytać go o co tak na prawdę chodzi i że widziałam jego reakcję. Gdy go dogoniłam rozpoczęłam rozmowę:

- Hej... Czekaj! Powiesz mi o co tak na serio chodzi? 

- Nie wiem o co Ci chodzi. - odpowiedział

- No przecież widziałam twoją reakcję na SMSa. Chyba nie powiesz mi, że boisz się swojej matki, co? - zapytałam 

- Ale.. ja się niczego nie boję.

- Przecież możesz mi zaufać. Znamy się od dziecka. 

- No dobra, ale... nikomu nie powiesz, prawda?

- No nie powiem, jeśli nie chcesz. - zapewniłam go.

- Cholera... Z początku myślałem, że to jakiś słaby żart, że ktoś się ze mnie nabija... - zaczął - to przecież nie możliwe...bo przecież jak?

- No ale o co chodzi? Nie powiem Ci czy to jest możliwe jeśli mi nie wytłumaczysz! - odrzekłam poirytowana

- No bo... rano przed wyjściem z domu dostałem SMSa i widomości na czacie. Na początku się przestraszyłem, ale potem pomyślałem, że to może być żart...

- Do rzeczy! Co było w tych wiadomościach?

- Pogróżki, a co innego?! W SMSie ktoś napisał, że niedługo spotkam się z moim ojcem... - powiedział Kacper, a oczy zaszły mu łzami.

- Przecież on nie żyje.

- No w tym rzecz! To znaczy, że ktoś grozi mi śmiercią.

- To tylko głupi SMS!

- Tak! Tylko, że na czacie gościu napisał mi jakiś przerażający wierszyk.

Kacper wyjął telefon i znalazł wiadomość. Autor miał nick TwójNajgorszyKoszmar (oczywiście w tamtej chwili pomyślałam o tym, że jest on tandetny). Kumpel pokazał mi wiadomość z wierszykiem:

Raz, dwa, trzy
Dzisiaj zginiesz właśnie ty!

Cztery, pięć, sześć
Zaraz będziesz krzyż swój nieść!

Kacper chciał pokazać mi resztę tej kretyńskiej wyliczanki, ale nie mógł bo ekran się zaciął.

- Widzisz? Od rana telefon mi się psuje! A w ostatniej wiadomości dostałem nagranie, na którym widać....

- Co widać?

- Mnie... wiszącego na pasku w szafie i to w moim własnym pokoju!

- O kur...

- I co ja mam teraz zrobić? - rozpłakał się, był przerażony

- Nie wiem, może pójdziemy na policję?

- Dobrze.

Skierowaliśmy się w stronę komisariatu. Po drodze pocieszałam Kacpra, że to pewnie montaż i ktoś robi mu niesmaczne kawały, ale że go dopadną i dostanie za swoje. Kiedy dotarliśmy na miejsce zauważyłam trzech policjantów stojących przed wejściem, rozmawiających i popijających kawę. Zaczęłam więc:

- Przepraszam panów najmocniej... Chcieliśmy złożyć zawiadomienie o groźbach i ... 

- Proszę wejść do środka. My nie przyjmujemy zgłoszeń, tylko dyżurny. - odpowiedział bezczelnie gruby policjant z wąsem

- Ale... 

- Wchodzi Pani i na prawo! - przerwał szorstko drugi, chudszy policjant z brzydkim, garbatym nosem.

Odwróciłam się i weszłam z Kacprem do środka i udałam się w kierunku zaleconym przez policjanta. Zauważyłam małe okienko, w którym spał na krześle stary policjant. Zapukałam, więc delikatnie w szybkę, aby ten się zbudził i przyjął zgłoszenie. To jednak nie podziałało. Zawołałam więc:

- Halooo!!!! Proszę pana!!! Halooo!!!

Policjant ani drgnął, przez chwilę pomyślałam, że umarł ze starości... Lekko spanikowana i poirytowana jednocześnie wróciłam do miejsca gdzie rozmawiałam z policjantami, ale już nikogo tam nie było. Narastająca we mnie złość spowodowała, że błyskawicznie wróciłam do okienka i wydarłam się na śpiącego staruszka:

- Do jasnej cholery, czy ktokolwiek mnie tutaj obsłuży!?

To poskutkowało. Policjant otworzył oczy i natychmiast zapytał:

- Czego się pani tak drze? 

- Bo pan najwidoczniej  nie słyszy - odrzekłam i jednocześnie pomyślałam, że chamstwo policji z tego komisariatu nie ma granic.

- Słyszę. I porszę się grzeczniej do mnie odzywać! Czego Pani chce? 

- Chcę, a właściwie ten pan - wskazałam na Kacpra - chce złożyć zawiadomienie o groźbach. 

- Proszę pański dowód! - zwrócił się do Kacpra

Kacper podał mu dowód. Policjant zaczął spisywać jego dane na kartkę, a potem do komputera. Trwało to dobre 15 minut, bo staruszek chyba nie ogarniał nowych technologii. Po zakończonej czynności oddał dowód i zadzwonił pod jakiś numer. Podał jakiś kod chyba... tak mi się wydaje... Potem powiedział, że mamy iść na trzecie piętro do sali 128. Zrobiliśmy więc tak, jak on nam polecił. Gdy weszliśmy do gabinetu ujrzeliśmy niskiego policjanta. Miał on maksymalnie 165 wzrostu, czarne, krótko obcięte włosy, zielone oczy i co charakterystyczne - bliznę na prawym policzku. Przypuszczam, że od noża albo jakiegoś innego, ostrego narzędzia. Kiedy on również nas spostrzegł wstał, przywitał nas, przedstawił się i zachęcił, abyśmy usiedli. Następnie sam usiadł i rozpoczął przesłuchanie:

- Z czym państwo do mnie przyszliście? - zapytał

- Tak właściwie to mój kolega chciał złożyć zawiadomienie, bo ....

- A  koledze język ucięli? - zapytał, jego zdaniem żartobliwie

- Nie ucięli, tylko jest bardzo zdenerwowany. Pozwoli pan łaskawie, że ja przedstawię sytuację.

- Szanowna pani, ale skoro pan składa zawiadomienie, to pan się wypowiada

- No dobrze. Kacper... opowiedz panu to samo co mi. - zachęciłam przyjaciela

- No to... ten... - zaczął po swojemu Kacper

- Co ten? - zapytał policjant

Nagle zadzwonił mój telefon. Ze wstydem, szybko go wyciszyłam i przeprosiłam policjanta. Zauważyłam, że to Bernard. Napisałam mu więc po kryjomu SMSa, że nie mogę teraz rozmawiać i że oddzwonię później. Tymczasem Kacper zaczął konkretniej opisywać wydarzenie:

- No, bo ktoś przysłał mi pogróżki SMSem i na czacie. 

- Coś więcej? Kiedy to było, od kogo pan dostał te wiadomości, co zawierały?